Artykuły
Strona główna
Wyjazd do Hiszpanii był przeze mnie bardzo długo oczekiwanym wyjazdem. Uwielbiam podróże w ciemno, jedynie z biletem lotniczym w dłoni i możliwością przesunięcia daty powrotu. Plan wyjazdu był ambitny – Segovia, Madryt, mała wioseczka w rejonie Castylia Leone o pięknie brzmiącej nazwie Agilafuente (co oznacza Gniazdo Orła). Dodatkowo pikanterii dodawał fakt, że w czasie wyjazdu miałem świętować swoje 30 urodziny w miejscowości Gania nad Morzem Śródziemnym, w rejonie, gdzie nie jest obecny parasol na parasolu, jeszcze bardziej potęgował chęć mojego wyjazdu.Wizja urokliwej Hiszpanii pełnej słonecznego uśmiechu, pozytywnych emocji i ludzi, których poznałem dwa miesiące wcześniej w Londynie jeszcze bardziej dodawała mi skrzydeł. Hiszpana Alberta poznałem w Londynie, kiedy to postanowiłem sprawdzić jak wygląda emigracja moich znajomych w Londynie. Przypadkiem okazało się, że Albert również wpadł na ten sam pomysł co ja. Albert z wiecznym uśmiechem na twarzy, równo przystrzyżoną bródką i swoją dziewczyną Aliną (Polką z Bieszczad) na każdym kroku powtarzający: „me gustas mucho un beso”- co po hiszpańsku znaczy: „uwielbiam jak mnie całujesz”. Każdy kolejny pub w Londynie był dla nas próbą odszukiwania dobrego angielskiego piwa, ale co tu dużo mówić, „angole” piwa robić nie potrafią, więc fakt, że w większości miejsc dostępne jest Tyskie i Lech bardzo pozytywnie pomogło nam spędzać wieczory w swym gronie.
Hiszpania przywitała nas deszczem, co spowodowało moją pewnego rodzaju konsternację. Wylatywałem z Polski 18czerwca, gdzie temperatura wynosiła ponad 30 stopni, a w Madrycie było zaledwie 164stopni. Więc jak Albert odbierał mnie z lotniska i spytał jak się mam, odpowiedziałem mu , że zimno i po co ten cały deszcz...